Aktywizacja seniorów nie może polegać na podsuwaniu im czegoś pod nos. Jeżeli chcemy kogoś naprawdę zachęcić do działania, to trzeba stworzyć mu możliwość robienia tego, na co mają ochotę. I dać szansę wykazania się jakimś zaangażowaniem – mówi Romuald Styszyński, prezes Stowarzyszenia Kreatywni 50+ w rozmowie z warszawa.ngo.pl okazji przypadającego dziś Międzynarodowego Dnia Osób Starszych.

Radosław Wałkuski: – Jak pan ocenia dotychczasową politykę senioralną miasta?

Romuald Styszyński, Stowarzyszenie Kreatywni 50+: – Nazywając rzecz po imieniu: Była chybiona i zepchnęła osoby dojrzałe na margines aktywności społecznej i życiowej. Straciliśmy bardzo dużo czasu i pieniędzy. Zawiódł zresztą nie tylko warszawski samorząd, ale też państwo. Według badania Active Ageing Index czyli Indeksu Aktywnego Starzenia, realizowanego wspólnie przez Dyrekcję Generalną Komisji Europejskiej ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych i Włączenia Społecznego oraz Europejską Komisję Gospodarczą Polska jest na ostatnim – 27 miejscu – wśród państw Unii Europejskiej. Te wyniki obnażają kondycję seniorów w Polsce: niewielu z nas jest aktywnych zawodowo, mało angażujemy się społecznie, prowadzimy mało aktywny tryb życia. A liczba osób starszych gwałtownie narasta. I będzie narastać coraz szybciej. Szykuje się nam demograficzne tsunami.

Dlaczego pana zdaniem aktywizacja seniorów nie przynosi efektów?

R.S.: – Przede wszystkim osób dojrzałych nie można traktować jak zdziecinniałych staruszków, którym mówi się, co mają robić. Tak jakby sami nie wiedzieli, czego chcą. Aktywizacja nie może polegać na podsuwaniu im czegoś pod nos. Jeżeli chcemy kogoś naprawdę zachęcić do działania, to trzeba stworzyć mu możliwość robienia tego, na co ma ochotę. I dać szansę wykazania się jakimś zaangażowaniem.

Polityka senioralna nie może też polegać na tym, że sadza się ludzi w uniwersyteckiej ławce. To nie jest żadne aktywizowanie, bo poza wykładami w Uniwersytetach Trzeciego Wieku aktywność uczestników tam jest minimalna. Poprzez te instytucje trudno jest nawet doprosić się o salę na zajęcia, które sami chcemy robić.

Podobnie było dotychczas z domami kultury: dyrektor woli udostępnić go prywatnej firmie, która zorganizuje w nim pokaz garnków czy kołder, niż dać tę salę operatywnym osobom , które mogą w niej podjąć jakąś ciekawą inicjatywę.

Kolejny temat to takie sformatowanie oferty dla osób starszych, że uczestniczą w niej głównie kobiety. Na zajęciach, w najlepszym razie, pojawiają się pojedynczy mężczyźni. Ona jest dla nich po prostu nieatrakcyjna.

Dlaczego?

R.S.: – Bo brakuje przemyślanych mechanizmów, które zachęciłby ich do angażowania się. Bo jeśli facet ma przyjść na ciasteczko i herbatkę, i jeszcze tam będą rządzić panie, to każdy mężczyzna powie: coś takiego to ja mam już w domu. Nie przyjdę.

Nasze stowarzyszenie właśnie otwiera klub ekspertów dla osób po pięćdziesiątym roku życia. Chcemy, aby osoby z dużym zawodowym i życiowym doświadczeniem mogły się swoją wiedzą dzielić z innymi i jeszcze dostawać za to jakieś pieniądze. Jeżeli powie się mężczyźnie: będzie pan ekspertem. I jeszcze dorobi pan trochę do emerytury, to on w to wejdzie. Myślę, że to jest właściwy kierunek. Tego typu przedsięwzięć bardzo brakuje w Warszawie.

W naszym stowarzyszeniu wychodzimy z założenia, że każda podejmowana przez nas działalności powinna być pożyteczna dla seniorów, ale też dla społeczeństwa. Nie organizujemy siedzenia w ławkach, darcia pierza przy herbatce i ciasteczkach, ani spotkań z ciekawymi ludźmi. Myślę, że to pozostałość z poprzedniego systemu, która wciąż się za nami ciągnie. Trzeba się w końcu od tego odciąć

Jak zatem powinna wyglądać aktywizacja osób dojrzałych?

R.S.: – Warto przyjrzeć się temu, jak robi się to w Szwecji czy Danii. Kluczowa jest świadomość, że już w momencie zbliżania się człowieka do wieku emerytalnego, trzeba go zachęcić, by przedłużał swoją aktywność. By jak najdłużej pracował, był zdrowy, aktywny i samodzielny. I trzeba skrupulatnie badać efekty, jakie przynosi polityka względem seniorów. Bardzo duże znaczenie ma również zwiększanie kompetencji osób starszych w zakresie korzystania z Internetu. Bez tego w dalszym ciągu będą tkwić, tam gdzie są teraz, czyli na marginesie.

Nie da się też rozpatrywać polityki aktywizacji seniorów bez fizycznych warunków, w jakich funkcjonują. Mam na myśli wszystkie te prozaiczne sprawy, których nie dostrzegają młodzi, a które mogą bardzo uprzykrzać życie osobom starszym, jak niepotrzebne schody do pokonania czy brak odpowiednich uchwytów w autobusach. Jeżeli robimy spotkanie dla seniorów, to ono nie może być na czwartym piętrze bez windy.

Tych spraw jest bardzo dużo, ale seniorzy mają swój honor i nie chcą o to ciągle prosić. Przecież urzędnicy biorą pieniądze również za to, by miasto było przyjazne dla wszystkich, również dla osób starszych. Świadomość tego, że wraz z wiekiem pojawiają się różne ograniczenia powinna towarzyszyć każdej podejmowanej przez urzędnika decyzji.

Mimo moich zastrzeżeń chcę podkreślić, że w ostatnim czasie coś jednak drgnęło i zaczęto w Warszawie inaczej podchodzić do tematu aktywizacji seniorów. Bardzo pozytywnie oceniam rozkwit miejsc takich, jak Warsztat przy placu Konstytucji czy Paca 40, w których osoby dojrzałe mogą skorzystać z sali na potrzeby swoich działań. Mam też wrażanie, że łatwiej jest korzystać z przestrzeni domów kultury. Te możliwości się poszerzają. Oczywiście nie jest idealnie, ale otworzono nam drzwi.

Wiąże pan nadzieje z powołaniem Warszawskiej Rady Seniorów?

R.S.: – Cieszę się, że podjęto tę decyzję. Jednak żeby ta rada odniosła sukces, powinni ją zasilić nowi ludzie. Tacy, którzy mają autentyczne poparcie wśród zwykłych mieszkańców. Bez tego ta instytucja będzie martwa.

Na wniosek samych seniorów zadecydowano, by członkami rady mogły być wyłącznie osoby powyżej 60. roku życia. To dobra decyzja?

R.S.: – Wszyscy to wiedzą, ale nikt nie chce powiedzieć tego wprost: Osoby po sześćdziesiątce kompletnie nie mają zaufania do ludzi młodych. Moim zdaniem wiek nie ma znaczenia. Kluczowe jest, kto ma jaką wiedzę i jakie kompetencje. Gdyby zależało to ode mnie – ja bym nie wykluczał osób młodszych. Jeżeli młody człowiek od kilku lat wykazuje się pracą w środowisku seniorów i dał się im poznać nie jako ten, który tylko poluje na stanowiska i szuka pieniędzy, ale taki, który działa na ich rzecz, to czemu nie może być członkiem rady?

Podobała się panu tegoroczna, pierwsza Parada Seniorów?

R.S.: – Zdecydowanie. Z reguły jest tak, że osoby po pięćdziesiątym czy sześćdziesiątym roku życia nie są chętne, by identyfikować się z określeniem „osoba starsza” czy nawet „senior”. Parada, dzięki dużej liczbie uczestników, pozwoliła im zachować w pewnym sensie anonimowość, ale jednocześnie zaakcentować, że w Warszawie są obecni i mają określone potrzeby, o których decydenci powinni pamiętać.

Parada się udała, bo była właściwie przygotowana i dobrze zorganizowana. Seniorzy przeszli ulicami Warszawy, byli pokazywani w telewizji, pozowali do zdjęć, udzielali wypowiedzi dziennikarzom. Wreszcie poczuli się ważni.

Mimo pewnych obaw, nie było też żadnych negatywnych incydentów czy krzywdzących reakcji otoczenia. Nikt się dziwnie nie patrzył, nikt się nie wyśmiewał. Seniorzy zachowywali się spontanicznie. W ten sam sposób odpowiadali im przechodnie i ludzie w oknach – uśmiechając się i pozdrawiając ich.

Cieszę się, że ta inicjatywa zostanie powtórzona za rok.

***

Artykuł pochodzi z portalu organizacji pozarządowych www.ngo.pl